Jezus mówi: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem.

J 15,9-13

Pobierz z Google PlayPobierz z App Store

Wyjazd do Taizé: 7-14 lutego 2016


«-Która godzina? — Tak,jestem szczęśliwa, i brak mi tylko dzwoneczka u szyi, który by brzęczał nad tobą, gdy śpisz», czyli o porozumieniu w Taizé, pomimo barier językowych.

Minął już prawie miesiąc, od kiedy spędziliśmy w Taizé siedem zwyczajnych dni: pięcioosobowa grupa znajomych z Wrocławia, prawie wszyscy po raz pierwszy w życiu. Pierwszy, ale chyba nie ostatni, bo to jedno z tych miejsc, do których już zawsze się tęskni.

Doświadczenie wspólnoty, bo przecież o nią w tym miejscu chodzi, sprawiło,że już pierwszego dnia, po początkowym zagubieniu, poczuliśmy się tam bezpiecznie. Chociaż właściwie cały ten wyjazd przebiegał w „duchu wspólnoty”: w samochodzie podczas podróży kiedy pożyczyliśmy sobie eurocenty na toaletę i tam na miejscu, poprzez naturalne dzielenie się wszystkim, wzajemną pomoc w drobnych rzeczach. Jeden z kolegów zapytał mnie w połowie tygodnia: „Ola, masz wodę? Nie przy sobie. Ale masz? No mam,tą z kranu. To ja ci później przyniosę tą dobrą, z Polski, bo mam jeszcze pół.” I to było zupełnie naturalne: ustępowanie sobie miejsca, czyli kawałka podłogi na modlitwie, równość w podziale posiłków i dodatkowej połowy kubeczka wina pomiędzy wszystkich.

Oczywiście czułam się tam trochę jak na Wieży Babel, czasami najprostsze rzeczy wymagały długich tłumaczeń i prób znalezienia wspólnego języka, które jest trudne, kiedy jedna ze stron nie zna angielskiego. Pomimo tego jednak, możliwe było porozumienie a czasami rodziła się szczera sympatia. W taki sposób polubiłyśmy się serdecznie z dwiema bardzo eleganckimi francuskimi licealistkami, jedna z nich nie znała w ogóle angielskiego, a jednak udało mi się z nią dogadać w sprawie eyelinera (po paru dniach miałam dosyć chodzenia w sportowej kurtce i chciałam ładnie wyglądać). Hélène zrozumiała mnie i codziennie przynosiła mi do pracy eyeliner, którym malowałam oczy przeglądając się w szybie, na zapleczu „big kitchen”. Jedyne momenty językowego porozumienia osiągałyśmy podczas modlitwy, kiedy wszyscy śpiewaliśmy kanony w jednakowo niezrozumiałym języku.

Bardzo dobrze wspominam pracę – ona organizowała dzień i dawała poczucie spełnionego obowiązku, a potem odpoczynku z „czystym sumieniem”. W ogóle całe życie w Taizé jest proste i ewangeliczne: kto nie pracuje niech też nie je. A jednocześnie praca była radością, nie trwała długo, dawała możliwość współpracy i konfrontacji, czyli była elementem realizmu w tym idealnym świecie. Plan dnia jest tak zorganizowany, że właściwie żyje się od modlitwy do modlitwy. To taka szkoła zaufania i beztroski: nie martwcie się o to,co będziecie jeść, co będziecie pić, czym się przyodziejecie. Wszystko jest zapewnione. Jak w naszej maciejówkowej pieśni, inspirowanej słowami brata Roger: „Duchu Stworzycielu, Ty który przyodziewasz lilie polne,daj nam się radować tym, czym nas napełniasz i niech to nam wystarcza.” Tego zaufania wystarczało na parę godzin, modlitwa była jak duchowe paliwo, dodawała sił. Zawsze w południe śpiewaliśmy Jesu Christe Fili Dei, chciej mnie uratować (od moich lęków, niedomagań, wątpliwości), pospiesz mi z pomocą.

Przyjechaliśmy w tygodniu przełomowym, kiedy kończył się karnawał a zaczynał Wielki Post. Trafiliśmy na dużą grupę portugalskich gimnazjalistów i chociaż spodziewaliśmy się atmosfery skupienia i wyciszenia, napotkaliśmy wszechobecną radość: ze spotkań, z wieczorów, z muzyki i czasu wolnego. Pracowaliśmy przy hitach Enrique puszczanych z telefonu, a ostatni dzień w pracy polegał na robieniu sobie selfie wszystkich ze wszystkimi. W starciu z portugalskim temperamentem (czyli przechodzeniem od płaczu do śmiechu, przypływami czułości na modlitwie, głębokimi wzruszeniami), czuliśmy się jak powściągliwi przybysze z dalekiej północy, albo dzikiego wschodu (ktoś nawet spytał mnie, jakiego alfabetu używamy w Polsce). Ale była w tym wszystkim też inna radość, taka wewnętrzna – cichutka i spokojna, która jest owocem ducha.

W tej karnawałowej atmosferze, ciszy trzeba było poszukać, ale łatwo dawała się znaleźć. W kościele romańskim z Matką Bożą Włodzimierską, albo w zakamarku krypt – tzw. orthodox chapel, na spacerach pomiędzy deszczem, albo w deszczu, w poszukiwaniach nieśmiało kiełkującej, małej wiosny. Pomimo tłumów,wystarczyło oddalić się na odległość pięciu minut od głównego placu, żeby poczuć się jak na końcu świata, można było spacerować przez godzinę i nie spotkać nikogo oprócz trzech spokojnie pasących się osiołków.

W Taizé nie potrzeba zegarków, wszystkim kierują szczęśliwe „przypadki” i dźwięk dzwonów. Pamiętam, że na porannej Mszy modliłam się po cichu po polsku i przekazując znak pokoju odruchowo powiedziałam osobie obok: „pokój z Tobą” i usłyszałam w odpowiedzi to samo – prawdopodobieństwo spotkania jednej z trzech Polek, które były tam poza nami – w tłumie 1800 osób było niskie, a jednak. Spotkałam w ten sposób jedną z mieszkających tam sióstr zakonnych, które przypomniały nam później polską gościnność, poczęstowały wspaniałą kawą, ale przede wszystkim mogliśmy w końcu odpocząć i porozmawiać po polsku, mówiąc i żartując bez ograniczeń językowych.

I chociaż było nam wszystkim tak dobrze, wróciliśmy do Wrocławia z radością, bo Taizé to jakby... stan serca? Z jednej strony doświadczenie piękna i pokoju, a z drugiej sposób na życie, który można realizować wszędzie.

Ola



Komentarze (0)

Jeszcze nikt nie dodał komentarza. Może Ty to zrobisz?




Mała Wiosna
Pewnie wielu z Was zadaje sobie pytanie skąd taka nazwa? Otóż słowami: "Ach, Taizé, ta mała wiosna" papież Jan XXIII określił ekumeniczną wspólnotę braci założoną przez brata Rogera w 1940 roku w małej burgundzkiej wiosce - Taizé.

www.taize.fr/pl